Magiczne powojenne zdjęcia spod Gór Sowich przypadkiem odnalezione.

lukasz-kazek-ze-zdjeciami-filipa-rozbickiegoDwa lata temu Łukasz Kazek, dziś 37-latek, urodzony w Walimiu, znalazł na strychu spore zawiniątko. W środku było 120 starych klisz fotograficznych – niektóre skatalogowane i opisane, ale niezbyt szczegółowo.
Walim, do 1945 roku Wüstewaltersdorf, a później przez rok Łokietek, to wieś leżąca u podnóża Gór Sowich.

Mieszkańców ma niespełna dwa i pół tysiąca. Głównie starszych, bo młodzi wyjeżdżają za pracą do Wałbrzycha, Wrocławia i dalej na Zachód. 11 listopada w gminnym Centrum Kultury i Turystyki obejrzą spektakl o sobie samych.

Zaraz po wojnie piękni i młodzi
zewsząd się do miasteczka zjechali
by wszystko zacząć od nowa – a my?
żeśmy się przy czereśniach poznali…

Dwa lata temu Łukasz Kazek, dziś 37-latek, urodzony w Walimiu, znalazł na strychu spore zawiniątko. W środku było 120 starych klisz fotograficznych – niektóre skatalogowane i opisane, ale niezbyt szczegółowo. Większość ukryta w pudełkach po niemieckich cygarach Piccolo. Zawinięta w papierki i wycinki z gazet – kupon starego totolotka albo kartę do głosowania w wyborach do rady robotniczej.

Łukasz przekazał je do czyszczenia i skanowania. Po niespełna czterech miesiącach wróciło do niego ponad 800 czarno-białych fotografii z lat 1947-1959 przedstawiających codzienność ówczesnych mieszkańców Walimia. Śluby, chrzciny, imieniny, bale przebierańców, mecze piłki nożnej, rajdy motocyklowe, spotkania sąsiadów. Panorama miasteczka, pierwsze polskie sklepy, kino.walimskie-kino-w-tym-samym-miejscu-dzialalo-wczesniej

Ich autorem był Filip Rozbicki.

– Znałem Filipa. Podobnie jak mój dziadek Wojciech Szczeciniak był jednym z pierwszych wojskowych osadników na tych ziemiach. Nagrywałem z nim wywiady do książki o pierwszych mieszkańcach Walimia – opowiada Kazek, który jest pasjonatem i popularyzatorem historii, dziennikarzem, a także radnym gminy odpowiedzialnym za kulturę i turystykę.

Fotograf z kolei, rocznik 1919, pochodził z Łucka w obwodzie wołyńskim. Po przyjeździe na Dolny Śląsk kupił dom od szabrowników w Grządkach (dziś w granicach administracyjnych Walimia). Pracował, podobnie jak większość mieszkańców Walimia, w nieistniejących Zakładach Przemysłu Lniarskiego. Miał smykałkę do elektroniki. W zakładzie założył radiowęzeł, a swoim sąsiadom naprawiał telewizory.

Opowiada Kazek: – Mieszkał wyżej, w górach. Schodząc do miasta, zawsze miał ze sobą laczki, które zakładał w gościach, kładł się na kanapę i ucinał drzemkę. Potem prosił o herbatę i dopiero zabierał się za naprawę. Był uzdolniony muzycznie – został pierwszym organistą w kościele parafialnym św. Barbary. W tamtych czasach mało kto umiał pisać i czytać po polsku, a Filip potrafił czytać nawet niemieckie śpiewniki i nuty.filip-rozbicki-przy-radiowezle

Zmarł trzy lata przed odnalezieniem klisz. Nikomu o nich nie opowiadał, ale jak mówią mieszkańcy Walimia, „każdy z nas wiedział, że robił zdjęcia”. Podobno nie rozstawał się z aparatem, zabierał go na pikniki, przechadzki, procesje i na pole. Nie mogło mu umknąć żadne ważne wydarzenie, jak przyjazd pierwszego polskiego biskupa Kominka. Mówią, że był duszą towarzystwa. Ale najbardziej trzymał ze swoimi – Kresowiakami. Z żoną Teresą nie mieli dzieci, choć Filip je uwielbiał. Po kieszeniach upychał dla nich cukierki. Na autoportrecie siedzi w swoim atelier w garniturze i pod muszką. Za sobą ma prześcieradło narzucone na drzwi w charakterze tła, patrzy prosto w obiektyw.

Jak to wspaniale było po wojnie
gdy wszyscy ludzie się szanowali
jeden drugiemu pomagał w polu
a wszystkie dzieci w jednym przedszkolu

Łukasz założył na Facebooku stronę Powojenny Walim „Klisze św. pamięci Filipa Rozbickiego”, gdzie przez dwa lata umieścił większość jego zdjęć. Prosił ludzi, by pomogli mu rozpoznać ich bohaterów.

– Niektórych sam poznałem, innych moi rodzice. Dziadki już nie żyją, nie mogłem ich spytać – opowiada.

walim-jozef-gabryjelewskiKilkadziesiąt twarzy na zdjęciach zyskało imiona i nazwiska. Wielu sportretowanych nie żyje, a zdecydowana większość rozjechała się po świecie. W Walimiu ostało się kilkanaście osób. Jedną z nich jest 93-letni Józef Gabryjelewski, dziś najstarszy mieszkaniec wioski. Przyjechał do niej w 1947 roku. Z Filipem trzymali sztamę. Fotograf zagrał u Józefa na weselu – podobno tak pięknie, że wszyscy chcieli, aby grał i u nich. Miał odpowiedzieć, że gra tylko tym, którzy są z Kresów.
– Dużo się lat z Filipem znaliśmy, on nas tu wszystkich ożenił – wspomina Gabryjelewski. Tu na mostku – wskazuje palcem na zdjęcie Rozbickiego – to ja stoję, a obok brat Jan, który już nie żyje. Kupę lat to było. Wojnę przeżyłem, 40 lat przepracowałem tu, w zakładach, do kościoła się chodziło, na zabawy. Dobre życie.

Czy ja potrzebnie – opowiadam jak to było?
Niby dobrze że – czarno-białych kilka jest zdjęć.
Bo po co wracać – jeśli coś się już skończyło?
Co się zmieniło? – wciąż na wiosnę czeka się rok.

Martyna Majewska dowiedziała się o zdjęciach od mamy. Mieszka we Wrocławiu, ale często przyjeżdża do rodziców do Jugowic, wioski sąsiadującej z Walimiem. Jest reżyserką.

– Pomyślałam, że można o tych fotografiach zaśpiewać – opowiada. Wspólnie ze Zbigniewem Prażmowskim, dyrektorem wałbrzyskiego teatru, zgłosiła pomysł na spektakl do Muzeum Historii Polski na konkurs „Patriotyzm Jutra”, który w swoich założeniach ma promocję kulturalnego dziedzictwa regionu i lokalnego patriotyzmu. I dostała pieniądze na jego realizację.

martyna-majewskaMajewska przez trzy miesiące nagrywała rozmowy z bohaterami zdjęć. Każdego sadzała przed kamerą i pytała o dzieciństwo, ulubione piosenki, miejsca, najlepsze chwile. Ale też o wojnę, powojenną szarość, pracę w ziemi, mróz, góry i zmagania z rzeczywistością.

– Starałam się nie szukać taniej sensacji. Jedna pani opowiadała długo, że miała udane życie: chodziło się na dansingi, jeździło na kolonie, wspaniałe wspomnienia. Dopiero po włączeniu kamer rozpłakała się, że to wszystko nieprawda, a ona całe życie była nieszczęśliwa.

– I wtedy zaczęłaś pytać, jak było naprawdę?

– Nie, podziękowałam i wyszłam. Mnie ciekawi wspólnota wspomnień, zbiorowa kreacja, frapuje kwestia pamięci. Każdy mi dał, co chciał, przywdział swój niedzielny strój. Ciekawi mnie, co mówią, a nie, czy za domem mają grób Niemca. Reżyserka z zebranych wspomnień ułożyła piosenki. Wyłania się z nich zupełnie inne miasteczko niż dziś – zamiast ruin i pustych domów pełne życia restauracje i dansingi, podwórka wypełnione dziecięcym gwarem. Niedzielne spotkania na mostku nad Walimką opodal kościoła. Wizyta „białego misia” – niczym na Krupówkach można było sobie zrobić zdjęcie z mężczyzną przebranym w strój niedźwiedzia polarnego.

Ale są też powojenne przesądy. Śmiech przeplata się z traumą. – Usłyszałam, że nie wolno było biec, gdzie są czarne pokrzywy, bo one rosną tylko na trupach. Ani malin pod lasem zrywać, bo na nich jest krew.

A ja wam mówię / że nikt nie jest stąd
A ja wam mówię / kto duchów się zląkł
Że to złych ludzi / trzeba się bać
Bo to ludzie są / straszni a nie las

Walim żyje premierą „Polski 120”. Pan Józef zastanawia się, co włożyć na tę okazję: – Ja proponowałem mundur, ale zięć powiedział, że garnitur lepiej. I krawat trzeba ubrać.

Premiera odbędzie się w gminnym Centrum Kultury i Turystyki, dawnym kinie Wrzos, gdzie od kilkudziesięciu lat stoją te same krzesełka. Aktorzy – pięcioro z Teatru Lalki i Aktora w Wałbrzychu i dwoje gościnnie – wystąpią na deskach, na których odbywały się uwiecznione przez Rozbickiego akademie i zabawy. Scena zamieni się w atelier fotograficzne, które odwiedzą kolejne postacie wzięte ze zdjęć i ulepione ze wspomnień: Dziewczynka-Widmo, Żołnierka, Biały Miś, Panna Młoda, Sylwestrowa Pani, Krakowianka. Konferansjerem koncertu będzie fotograf.

proba-spektaklu-polska-120– Atelier jest tłem dla wspomnień, które próbujemy wskrzesić. To miejsce, w którym zatrzymuje się chwile – mówi Anna Haudek, scenografka. – Kolorystyka będzie monochromatyczna jak na zdjęciach, a wyposażenie pracowni fotograficznej, blendy, softboxy posłużą jako ekrany projekcyjne.

Martyna Majewska boi się, że Walim ją źle przyjmie. Że ktoś się nie odnajdzie w piosenkach, że może się poczuć urażony.

– Chciałabym, żeby to było „ich”, ale ja to przecież robię po swojemu. Nie jestem stąd. My wszyscy nie jesteśmy, dopiero zaczynamy być. A ja nie pytam, skąd jesteśmy, tylko co to znaczy, że jesteśmy stąd.

* Wszystkie cytaty pochodzą z piosenek ze spektaklu „Polska 120”.

Szlakiem fotografii

W ubiegłym roku, z okazji siedemdziesięciolecia polskiego osadnictwa, Łukasz Kazek opracował szlak spacerowy po Walimiu tropem zdjęć Rozbickiego. Ustawił 16 tablic z fotografiami w tych samych miejscach, w których zostały wykonane ponad pół wieku wcześniej. Na jego otwarciu walimianie odsłonili tablice i opowiedzieli nieco o sobie. Teraz, gdy co czwartek wioska schodzi się na targowisko, mijają po drodze ich podobizny.

„Polska 120”

11 i 12 listopada, godz. 18, Centrum Kultury i Turystyki w Walimiu (74 845 72 30)
18 i 19 listopada, godz. 18, Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu (74 666 73 42)
25 listopada, godz. 18, Pałac Jedlinka w Jedlinie-Zdroju (tel. 74 845 40 07)
26 listopada, godz. 18, Centrum Kultury w Głuszycy (tel. 74 845 63 34)

Wstęp wolny, bezpłatne wejściówki można odebrać w miejscu wystawiania spektaklu lub zarezerwować telefonicznie.

Galeria zdjęć (72)

Źródło: http://wroclaw.wyborcza.pl